Sztokholm tonie w chłodzie, a gdzieś w jego cieniu ktoś przesuwa granice ludzkiego okrucieństwa.
Nie ma pośpiechu.
Nie ma przypadku.
Jest tylko precyzja.
I właśnie dlatego od pierwszych stron 100 procent budzi niepokój, który z każdą kolejną stroną staje się coraz trudniejszy do zignorowania.
Anders Roslund po raz kolejny udowadnia, że skandynawski kryminał potrafi być nie tylko brutalny, ale przede wszystkim inteligentny. To historia, w której zbrodnia nie służy szokowaniu. Jest elementem większej układanki, mrocznej gry prowadzonej przez kogoś, kto zdaje się badać granice człowieczeństwa.
Pierwsze ciało pozbawione krwi.
Drugie z kośćmi zmiażdżonymi niemal do ostatniej.
Trzecie poddane przerażającemu eksperymentowi.
Każda ofiara wygląda inaczej, ale wszystkie łączy jedno — ktoś chce coś udowodnić.
Największą siłą tej powieści jest jednak nie sam morderca, lecz bohaterowie. Ewert Grens nie jest typowym policyjnym herosem. To człowiek naznaczony bólem, samotnością i własnymi demonami. Człowiek, który ledwo stoi na nogach, a mimo to nie potrafi odwrócić wzroku od zła.
Im głębiej wchodzi w śledztwo, tym bardziej czuć, że stawką nie jest wyłącznie schwytanie sprawcy. To również walka o samego siebie.
Roslund buduje napięcie powoli, metodycznie, bez tanich sztuczek. Atmosfera jest ciężka, gęsta i momentami wręcz dusząca. Czytelnik nie dostaje prostych odpowiedzi, za to nieustannie zmuszany jest do zadawania kolejnych pytań.
To kryminał dla osób, które lubią:
– mroczne skandynawskie historie,
– skomplikowane śledztwa,
– niejednoznacznych bohaterów,
– psychologiczne pojedynki,
– i fabuły, które trzymają w napięciu do ostatnich stron.
„100 procent” nie jest książką, którą się po prostu czyta.
To książka, która wciąga w mrok i nie pozwala z niego wyjść, dopóki nie odkryjesz prawdy.
A kiedy już ją poznasz, możesz żałować, że w ogóle zacząłeś szukać odpowiedzi.
Komentarze
Prześlij komentarz