Są miejsca, w których cisza nie oznacza spokoju.
Są miejscowości, gdzie każdy zna każdego… ale nikt nie zna całej prawdy.
Konrad Chęciński wraca z kryminałem, który pachnie wilgocią starych archiwów, świecami z cmentarza i sekretami zakopanymi głęboko pod warstwą lat. Woźnickie Doły to prowincja, która nie lubi obcych i jeszcze mniej lubi pytania. A jednak to właśnie tam, w Zaduszki, w lokalnej bibliotece zostaje znalezione ciało bibliotekarki.
Sceneria jest niemal teatralna: zamknięta przestrzeń, ograniczony krąg podejrzanych, stare fotografie i dokumenty, które ktoś desperacko próbował odnaleźć… albo ukryć. Śledztwo prowadzi inspektor Nikifor Poradecki – spokojny, metodyczny, skupiony na szczegółach. I to właśnie detale okazują się najgroźniejsze.
Autor bardzo umiejętnie buduje atmosferę: listopadowa szarość, pamięć o zmarłych, echo dawnych lat i historia, która nie chce pozostać w przeszłości. To kryminał w duchu klasycznej zagadki detektywistycznej, ale zanurzony w mroku polskiej prowincji. Jest tu coś z Agathy Christie, ale zamiast eleganckich salonów mamy bibliotekę pełną kurzu, cmentarz za rogiem i ludzi, którzy nauczyli się milczeć.
Największą siłą tej historii jest przeszłość. Zdjęcie z 1939 roku, troje dzieci i pytanie, kto zniknął z kadru – oraz dlaczego po tylu latach ktoś wciąż jest gotów zabić, by prawda nie wyszła na jaw. W tej opowieści każdy ma coś do ukrycia, a zbliżenie się do prawdy bywa bardziej niebezpieczne niż sama zbrodnia.
„Wampir z Woźnickich Dołów” to gęsty, klimatyczny kryminał dla tych, którzy lubią powolne odkrywanie tajemnic, mroczne tło historyczne i historie, w których przeszłość nigdy naprawdę nie umiera.
Bo w małych miejscowościach pamięć jest długa.
A niektóre sekrety… wolą pozostać martwe.
Komentarze
Prześlij komentarz