Są historie, które zaczynają się od kradzieży, a kończą na ocaleniu duszy. I są takie, które pachną starym Paryżem, kurzem z archiwów i łzami, których nikt nigdy nie zobaczył. Najnowsza powieść Kristin Harmel należy do obu tych kategorii.
„Skradzione życie Colette Marceau” to opowieść utkane z pamięci, straty i nieugaszonej potrzeby sprawiedliwości. Mała Colette dorasta w świecie, w którym moralność nie jest czarno-biała – w jej rodzinie kradzież bywa aktem dobra, a łup może stać się ratunkiem dla skrzywdzonych. Jednak nad Europą zbierają się ciemne chmury, a wojna odbiera dziewczynce wszystko: matkę, siostrę, poczucie bezpieczeństwa. Pozostaje tylko obietnica, że kiedyś prawda wypłynie na powierzchnię.
Dziesięciolecia później dziewięćdziesięcioletnia Colette wciąż działa. Każda jej kradzież ma sens, każda zdobyta biżuteria jest fragmentem większej układanki. Harmel prowadzi czytelnika przez dwie epoki – pełne blasku, ale i mroku lata 30. oraz współczesność, w której przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. To historia o kobiecie, która nauczyła się żyć z raną, lecz nigdy nie pozwoliła jej zamienić się w obojętność.
Autorka pisze z czułością i napięciem jednocześnie. W jej narracji jest miejsce na romantyczną nostalgię, ale też na ciężar wojny, zdrady i winy. Paryż w tej powieści nie jest tylko miastem miłości – jest miastem sekretów, ukrytych skrytek i wspomnień, które potrafią boleć nawet po kilkudziesięciu latach. A Colette to bohaterka, którą trudno zapomnieć: twarda, zraniona, wierząca, że sprawiedliwość – choć czasem spóźniona – ma większą wartość niż najdroższy klejnot.
To książka o tym, że życie można komuś skraść nie tylko w chwili przemocy, ale też przez milczenie i zapomnienie. I że czasem całe istnienie staje się próbą odzyskania tego, co utracone. „Skradzione życie Colette Marceau” zostawia w czytelniku cichy niepokój i ciepło jednocześnie – jak wspomnienie, które boli, ale nie pozwala odejść.
Komentarze
Prześlij komentarz